Jesteś w pracy. Ekspres miarowo wylewa kawę do kubka, pachnie jak zwykle: intensywnie i bezpiecznie. Siadasz przy biurku, odpalasz skrzynkę mailową, a w głowie wciąż dudni wczorajszy wieczór. Przypominasz ten moment, kiedy trzymasz w dłoniach swojego kota, Wątka, lekkiego jak oddech. Patrzysz, jak zasypia na zawsze w białym świetle gabinetu weterynaryjnego. Nie mówisz nic. Po prostu siedzisz i wpatrujesz się w ekran. Po dłuższej obserwacji Ciebie koleżanka z biurka obok w końcu pyta „Wszystko w porządku?”. A Ty, wbrew sobie, mówisz prawdę. Że nie. Że się stało. Że po wielu wspólnych latach należało uśpić Wątka. Cisza trwa sekundę. Potem słyszysz: „Wiem, że Ci ciężko, ale wiesz… inni mają gorzej”. Wypowiada to łagodnie, z troską, jakby podawała Ci aspirynę. Lecz to nie lek, to trucizna. Wlewa się powoli, osiada pod skórą. „Inni mają gorzej”: jakby teraz trzeba było usprawiedliwić własny ból, przeprosić za to, że czujesz. Kiwasz głową, bo tak wypada. Bo przecież praca to nie miejsce na emocje. A w środku coś się zamyka. Kawa stygnie, a Ty czujesz, że ta fraza odsunęła Cię od świata o całe kilometry. Jakby ktoś postawił między Tobą a Twoim bólem szybę i powiedział: „Nie przesadzaj, przecież świeci słońce”.
To przejaw toksycznej pozytywności – słodkiej trucizny, która wlewa się do nas niepostrzeżenie. Nazywają ją imieniem „Troska”, a w rzeczywistości jest ucieczką. Jest tłumieniem emocji i unieważnianiem uczuć. Nazywają ją wsparciem, a jest milczeniem wobec prawdziwego bólu. Z pozoru niesie ulgę, ale w rzeczywistości zatruwa to, co najbardziej ludzkie – możliwość czucia w pełni.
Toksyczna pozytywność, wymuszony optymizm, przymus radości, presja na bycie szczęśliwym, syndrom „good vibes only” – to zjawisko ma wiele synonimów. W badaniach psychologicznych występuje pod nazwą „toksyczna pozytywność”. To zjawisko polegające na generowaniu wyłącznie pozytywnych emocji i utrzymywaniu optymistycznego nastawienia nawet w trudnych momentach życia. Zakłada przekonanie, że niezależnie od sytuacji człowiek zawsze powinien myśleć pozytywnie. To prowadzi do wyolbrzymiania radości i optymizmu przy jednoczesnym ignorowaniu, unieważnianiu i wykluczaniu trudnych emocji. W efekcie prawdziwie odczuwane uczucia stają się niewidoczne, minimalizowane i wypierane.
Subtelna presja, by w każdej sytuacji znaleźć powód do uśmiechu. Jadowita pozytywność jest jak woal przykrywający cierpienie – delikatny, lecz duszący. Mówi: „Nie smuć się”, „Nie złość się”, „Zobacz, inni mają gorzej”. Wyolbrzymia radość, gloryfikuje optymizm, a wszystko, co ciemne, tłumi, zamyka w kącie. To nie jest troska – to lęk przed cudzym bólem, nieumiejętność pozostania z drugim człowiekiem w jego prawdzie. Kiedy mówimy do kogoś: „Przestań o tym myśleć”, „Nie przesadzaj”, „Trzeba iść dalej”, w rzeczywistości komunikujemy: „Twoje uczucia mnie przerażają. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć”.
Z jakiego powodu karmimy się toksyczną pozytywnością?
Żyjemy w kulturze, która kocha szybkość, efektywność i kontrolę. Cierpienie nie mieści się w harmonogramie. Smutek nie sprzedaje się dobrze na Instagramie i LinkedIn. Złość nie pasuje do korporacyjnego biuletynu. W epoce sukcesu trudne emocje są niewygodne – przypominają o tym, że nie mamy nad wszystkim władzy.
Toksyczna pozytywność wyrasta z wielu korzeni:
- z lęku przed trudnymi emocjami, które mogą nas obnażyć
- z chęci szybkiego rozwiązania wszystkiego, nawet tego, co wymaga czasu
- z nawyku dawania rad zamiast empatii
- z potrzeby zamiatania bólu pod dywan
- z braku wiedzy, jak inaczej reagować
- i wreszcie – z braku zasobów: emocjonalnych, psychicznych, duchowych
Ludzie chcą czuć się dobrze, więc próbują „naprawić” cudzy smutek, zamiast pozwolić mu być. Zapominamy, że emocje nie są problemem do rozwiązania. Są językiem, przez który ciało mówi do duszy: „Coś się wydarzyło. Posłuchaj mnie”.
Do czego prowadzi toksyczna pozytywność?
Jeśli przez długi czas wmawia się człowiekowi, że nie powinien czuć smutku, złości, bezradności, zaczyna wierzyć, że z nim jest coś nie tak. Toksyczna pozytywność może stać się wtedy formą victim blamingu – obwiniania ofiary za jej emocje: „Nie cierpisz dlatego, że cię zraniono, tylko dlatego, że źle myślisz lub czujesz”. To odwrócenie sensu współczucia. Zamiast pomóc, prowadzi do powtórnej traumatyzacji: osoba, która i tak przeżywa ból, dostaje komunikat, że nie ma prawa czuć. Jej emocje zostają unieważnione, pomniejszone, a wraz z nimi jej sprawczość i poczucie własnej wartości. Toksyczna pozytywność to także porównywanie cierpienia, czasem forma gry w „mój ból jest większy niż Twój”. W ten sposób uczymy się wyuczonej bezradności, poczucia winy, wstydu i presji, by zawsze być „w porządku”. W konsekwencji ludzie zamrażają swoje emocje, tłumią je i wypierają, a z czasem tracą kontakt z samymi sobą. Uczą się, że opinia innych jest ważniejsza niż własne odczucia. Że nie ma miejsca na trudne emocje, łzy, błędy. W ten sposób rodzi się samounieważnienie – cichy głos wewnętrzny mówiący: „Nie czuj. Nie przesadzaj. Nie psuj nastroju”.
Osoby neuroatypowe często słyszą w swoim życiu, że przesadzają i że inni mają gorzej. Z czasem uczą się, że skoro tak czują coś w taki sposób, oznacza to, że na pewno jest z nimi „coś nie tak”. Poczucie wadliwości może stać się zinternalizowanym głosem otoczenia.
A przecież tylko wtedy, gdy pozwalamy sobie czuć, możemy naprawdę żyć!
Co zamiast?
Świat nie potrzebuje więcej uśmiechniętych masek. Potrzebuje obecności – ludzi, którzy potrafią zostać przy kimś w ciszy, nie oferując natychmiastowych rozwiązań, rad, usunięcia dyskomfortu. Zamiast mówić: „Będzie dobrze”, można powiedzieć: „Widzę, że jest Ci trudno. Jestem obok”. Zamiast doradzać, można słuchać. Zamiast zapychać eter słowotokiem, pozwolić w cichej obecności na czucie. Zamiast spychać emocje, można dać im przestrzeń.
W praktyce oznacza to:
- nazywanie emocji, bez oceniania
- uznanie, że smutek, złość, lęk są równie wartościowe, jak radość
- odwagę, by być nieidealnym
- i zgodę na to, że czasem nie ma szybkiego pocieszenia
To nie znaczy, że mamy rezygnować z nadziei. Wręcz przeciwnie: nadzieja nie polega na zaprzeczaniu ciemności, lecz na umiejętności patrzenia w nią z otwartymi oczami. Szczególnie w przypadku osób neuroatypowych należy wziąć pod uwagę rozdzielanie swoich uczuć od głosu wewnętrznego krytyka. W takich momentach pomagają pytania: „Co czuję?”, „Co myślę?” , „To jest fakt czy moja interpretacja?”. Zauważając wewnętrznego krytyka jako osoby neuroróżnorodne, uczymy się ufać sobie i swoim uczuciom.
Nie happy end
Toksyczna pozytywność to nie tylko nasz wewnętrzny głos, ale przede wszystkim spuścizna kulturowa i historyczna. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebujemy dotrzeć do korzeni wrażliwości. W epoce „instant”, gdzie każde trudne doświadczenie ma mieć natychmiastowe rozwiązanie, gubimy przestrzeń na bycie sobą. Obraz idealnego człowieka, pracownika sukcesu czy nieskazitelnego rodzica, dominuje w mediach, spychając prawdziwość do cienia. Mało kto ma odwagę pokazać na LinkedIn porażkę zawodową, a na Instagramie zmęczenie codziennością z małymi dziećmi. Zapominamy, że wsparcie nie polega na uciszaniu cudzego bólu sztucznym światłem, lecz na towarzyszeniu w ciemności.
Media to świat, w którym prawdziwe uczucia stały się tabu. Mamy lśnić, choć w środku panuje mrok. „Myśl pozytywnie” słyszymy z każdej strony, jakby optymizm był jedynym dopuszczalnym lekiem na cierpienie, który ma je natychmiast wymazać z naszego życia. A co jeśli pozwolimy sobie na przeżywanie bólu?
Bibliografia:
- Feltner, Madeline E., „Toxic Positivity and Perceptions of Mental Health” (2023). Senior Theses. 607.
- Wyatt Z. The Dark Side of #PositiveVibes: Understanding Toxic Positivity in Modern Culture. Psychiatry Behav Health. 2024;3(1):1-6.
